2005
marzec





szablon: Ylka
dla: Linkup

MoJe =)
Ally tam będę umieszczać zdjęcia Ally i innych bohaterów

ZioooMy
LiLka
Lily - MadZia
Cho ChAnG
LavEnder BrowN
PadMa PaTiL
Kathie McSteen (xxx)
Bee (Lily Ownl)
MantiCora
PoTteroManiAk-PamiĘtNik
PyzAtaaaa
Mój BloG =)
MiśkA-MagDaa


Nie. Ja wiem...
Piątek:
- Jak on to zdobył? - byłam pełna podziwu dla tego chłopaka.
- Bo ja wiem? Włamał się do jakiegoś archiwum rachunkowego... czy coś... Tylko... jest jeden problem... Larry przysłał mi chyba ze sześć numerów do Merry Norman mieszkającej w Bostonie...
- Jakoś sobię poradzę, podziękuj ode mnie Larry'emu! Jestem jego dłużniczką!
- Nie ty jedna - mruknęła Rubby.
xxx
- Babciu! Nareszcie! Dzwoniłam kilka razy...
- Oj, złociutka, nawet nie wiesz jak my tu z dziadkiem za tobą tęsknimy!
- Ja za wami też - powiedziałam łamiącym się głosem.
Po 15 minutach rozmowy w stylu co u was, tęsknię i tym podobne. Babcia wypaliła:
- Ally ja wiem dlaczego dzwonisz - w słowie "wiem" było za dużo nacisku... muszę zapytać
- Znaczy domyślasz się, tak?
- Nie. Ja wiem... Ally to nie jest rozmowa na telefon. Bierz bransoletkę, zeszyt, parę majtek i wsiadaj do samolotu!
- Postaram się! - powiedziałam z entuzjazmem. - Ale... ojciec?
- Nie przejmuj się nim, złociutka... Pozwoli ci - i znów ten nacisk na ostatnie słowa.
- Ale skąd ta pewn...
- Panuj nad emocjami! W żadnym razie się nie denerwuj! Aha... i blizną też się nie przjmuj - wróci.
- Ale skąd o tym wie...
- Dziecko drogie! Ja nie urodziłam się wczoraj! Zadzwoń jak będziesz miała bilet.
- Ale...
- Tiiii-tiiii-tiiit - rozłączyła się.
xxx
Na rozmowę z ojcem musiałam się przygotować. Wymyślić argument... na wypadek gdyby spytał. Chodziłam w koło pokoju... dopuki nie zobaczyłam... jego. Stał z słuchawką przy uchu i patrzył na mnie z otwartą buzią. Kiedy napotkał mój wzrok, zrefleksował się, podbiegł szybko do okna i zasłonił żaluzję, przez które od czasu do czasu wyglądał. Jak już kiedyś mówiłam, ten chłopak ma okno naprzeciwko mojego... nasze okna dzieli może różnica... kilku metrów, a to mało. Byłam lekko zaskoczona jego reakcją... jestem taka straszna...czy wręcz przeciwnie? Eh, ale to niemożliwe, żeby ktoś (ktokolwiek!) zwrócił na mnie uwagę! W dawnej szkole NIKT się mną nie interesował na poważnie! Niechętnie oderwałam się od rozmyślań na Jego temat... Znów pochłonęło mnie gorączkowe myślenie... W jaki sposób go przekonać? Jeden rzut oka na zasłonięte okno, drugi... trzeci... Za piątym razem zobaczyłam parę ciemnych oczu i palce wystające z żaluzji. I znów ta sama historia. Kiedy mnie zobaczył, natychmiast się schował. Uśmiechnęłam się pod nosem. Teraz pewna siebie mogę iść do ojca. Dziękuję ci nieznajomy, za tą pewność...
xxx
Kiedy stałam przed zamkniętymi drzwiami do biura ojca, pewność siebie mnie opuściła. Ugięły się pode mną kolana... i poczułam znajome zaniepokojenie... supeł w brzuchu! Z udawaną pewnością siebie weszłam do środka. Mogłam się tego spodziewać. Na biurku siedziała Medison z szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Ciekawe co tym razem jej obiecał? Samochód? Kolię z brylantów? I znów ten głosik... ledwie dosłyszalny... "czego ta smarkula znowu chce?!"
- Mówiłaś coś Medison? - przypływ sarkazmu zabił mój niepokój.
Spojrzała na mnie ze strachem. Na ten widok, uśmiechnęłam się zjadliwie i wycedziłam
- Chciałabym porozmawiać na osobności...
Medison spojrzała na mnie z nienawiścią, potem przeniosła swoje wielkie wymalowane oczy w stronę ojca, a jej wzrok mówił (zresztą, nie tylko wzrok, bo i głos w mojej głowie) "nie! nie! nie wyrzucaj mnie! zrób jej na złość!". Ale on tylko skinął głową i wyszła trzaskając drzwiami. Oh... ta satysfakcja... ;)
- Chcę jechać do babci - powiedziałam stanowczo.
Nawet nie wiedziałam, że tak potrafię.
- Po co?
- Bo tak. Czy to tak trudno zrozumieć, że chciałabym zobaczyć dziadków?
Spóścił smutno oczy... "do mnie nigdy byś nie przyjechała z własnej woli... oh... dlaczego tak mnie nienawidzisz?". Coś ścisnęło mnie w żołądku... poczucie winy. Hey! HEY! Przecież to podpucha... on, zakochany w swoim ośle - Klarusi... Uuuu... jeszcze trochę i bym się na to nabrała! KŁAMCA!! On udaje. Nacisnął guzik interkomu.
- Biuro podróży, słucham?
Po kwadransie miałam już bilet w dwie strony do Bostonu. Zanim wyszłam usłyszałam strzępek jego myśli "...cyniczna, sarkastyczna, niezdolna do wypowiedzenia słowa ... twarda, uparta... ale... to moja córka". Zamknęłam za sobą drzwi. Jego słowa dały mi dużo do myślenia... a może, on tak naprawdę... jednak mnie kocha? Nie, nie to niemożlie!
No, za dwa dni... lecę... Podszedł do mnie Dolar.
- Wybacz mi, nie mogę cię ze sobą zabrać. - zaskomlał cicho, tak, jakby mnie zrozumiał!
Polizał po twarzy. Postanowiłam przez te dwa dni chodzić za nim z aparatem i prtrykać zdjęcia. Będę miała na co popatrzeć w Bostonie.
xxx
- Dowidzenia córko. Napewno nie chcesz, żebym cię odwiózł na lotnisko?
Keee? Mój ojciec - pracocholik, pyta mnie, czy bym nie chciała, żeby on - ojciec pracocholik, mnie podwiózł! Przez chwilę poczułam się kochana... ale to szybko mi przeszło bo zobaczyłam Klarę. No tak, ona to jest dopiero rozpieszczana. Podeszłam do taksówki, z bransoletką na ręku, z zeszytem w torbie podręcznej. Otworzyłam się i oparłam na drzwiach czarnego samochodu. Obejrzałam się przez ramię, spojrzałam na Jego okno. Wystawała z niego cziemna czupryna, śledząca każdy mój ruch. Czułam to. Uśmiechnęłam się pod nosem. Weszłam, trzasnęłam drzwiami i ... nie mogłam uwirzyć, że to zrobiłam... z moich, czaicie z MOICH ust wyleciało!!:
- Dowidzenia tato... Wrócę tutaj, totalnie odmieniona.
Był wyraźnie zdziwiony moją łagodnością. "kochane dziecko, oby miała spokojny lot, bez turbulencji!". Taaaaa... i znów poczułam się tak, jak dawniej... tak jakby mama jeszcze żyła.
2005-03-13 16:08:49 skomentuj (24)


C. D czwartku
Notkę dedykuję :
Mojej psia-psi Gosiuni =* z http://miska-magda.blog.onet.pl
~Dziękuję za zmobilizowanie =)

I Madzi =* z http://nowypamietniklili.blog.onet.pl
~Za rozkaz pisania notki

I dla Pyzuni, Zeldy, Marmeladzie, Ermenel i Padmy. Buziaki =*
____________________________________

Czwartek:
- A jednak nie...
- Dlaczego nie dałeś mi jej wcześniej?! - warknęłam.
- Bo nie mogłem! Obiecałem jej.
JEJ?
- Kochałem twoją matkę, więc potraktowałem jej słowa bardzo powa...
- '-ŁEŚ'??!! - wrzasnęłam. Już nad sobą nie panowałam.
Zaskoczony moją reakcją nie wiedział co powiedzieć. Dopiero po chwili wedusił:
- Ally... spokojnie!
- SPOKOJNIE?! HA! JESTEŚ ŚMIESZNY!! - oczywiście ironia.
Spóściłam głowę w wyczekującym geście... Hey! Moja blizna już jest wyostrzona i... taka jak wtedy... hmmm... jak to wszystko wytłumaczyć?
- Allyson, mam coś jeszcze. Dla ciebie... - już miałam znowu się na niego wydrzeć, że co on sobie myśli! Myśli, że jak mnie udobrucha prezentami to się uspokoje nie ma tak dobrze!! Ale on był szybszy, wyprzedził mój wrzask. - ...od mamy.
Zamarłam z otwartą buzią. Nawet nie zauwarzyłam, że już nie siedzę, tylko stoję. Popatrzyłam na bransoletkę mamy z czułością. Do brązowych rzemyków przywiązane były malutkie, srebrne figurki : konik, orzeł, feniks, muszla, i kluczyk. Mama opowiadała mi... taką jakby legendę o tej bransoletce. Mówiła, że koń symbolizuję ziemię; orzeł - powietrze, wiatr, przestworze; feniks (starożytny ptak) - ogień; muszelka - wodę; kluczyk - tajemnicę. Moim zdaniem to były żywioły... ale tejemnica to nie jest żaden żywioł... Moja mama dostała to od swojej mamy - czyli dla mnie babci. A babcia od swojej mamy i tak dalej i dalej. Podobno ma więcej niż 300.
- Proszę. - ojciec wyciągną w moją stronę jakiś zeszyt.
- Co to jest?
- Zeszyt... może dziennik twojej mamy.
Do pokoju weszła Medison. Zwabiona moimi krzykami. Bezczelna! Przecież widzi, że załatwiam ważne sprawy. Medison zamknęła za sobą drzwi i uwiesiła się na ramieniu ojca.
- Collin - zamruczała przymilnie.
Ojciec wręczył mi zeszyt i kazał wyjść.
- Teraz już rozumiem. TY JEJ NIGDY NIE KOCHAŁEŚ!! NIE KOCHASZ TERAZ!! NIE BYŁO CIĘ PRZY NIEJ, KIEDY TEGO NAJBARDZIEJ POTRZEBOWAŁA!!
Przepchnęłam się do drzwi rozdzielając w ten sposób... przyklejonych do siebie, zdziwionych "zakochanych"!! Puściłam się biegiem do drzwi. Otworzyły się zanim dotknęłam klamki.
xxx
Opadłam na łóżko. Wzięłam zeszyt do ręki. Obejrzałam z każdej strony... Hmmm... ma zamek. Nie mam klucza. Chyba, że ten z bransoletki... Nie zaszkodzi spróbować.
- Cholera!
Nie pasuje. Jak to otworzyć...
- Puk-puk
- Proszę!
- Panienko, podać coś? Herbatę? Ciasteczka?
- Nie, dziękuję Ella... Narazie niczego nie potrzebuję.
Kiedy skończyła mówić usłyszała cichy, cichuteńcki, ledwie dosłyszalny głosik "Biedne dziecko, tatuś tak na nią nakrzyczał, a ona się uśmiecha... biedne, biedne dziecko" bynajmniej w jej głowie... ?! Co to było? Czy... czy ja czytam w myślach?! Przecież to niemożliwe!! Na pweno się przesłyszała.
- Aha... ale mam prośbę.
- Tak?
- Czy mogłbyś nie mówić do mnie 'panienko'? Bo to tak oficjalnie...
- Oczywiście, Allyson...
Allyson też mi nie pasuje - pomyślałam, a na głos powiedziałam.
- A może... wystarczyło by samo Ally?
Uśmiechnęła się matczynie, pokiwała głową i wyszła z pokoju. Ah... trzeba mieć służbę po swojej stronie... bo jak przejdą na stronę ojca... Wrrrrr... Znów mnie zagarnęła fala myśli. Kto mógłby wiedzieć... jak otworzyć ten zeszyt...
- BABCIA!!
Wybiegłam z pokoju i pobiegłam po tej części domu, gdzie mieszka służba.
- Puk-puk.
- Proszę? - to na pewno nie była Ella... Ella ma ponad 40 lat. Ta chyba nazywała się Rubby... mniej więcej w moim wieku.
- Rubby?
- Tak panienko, pomóc w czymś?
- Tak, mogłabyś mówić mi Ally?
- Spoko... To znaczy... oczywiście!
To chyba wyluzowana dziewczyna.
- Dzięki, wiesz skąd mogłabym wziąść numer do mojej babci? Bo jakoś tak dawno nie miałam z nią kontaktu... i nie mam numeru. A nie chcę pytać ojca.
- Hmmm... Postaram się znaleść... Ale... musiałabym wiedzieć jak twoja babcia ma na nazwisko.
- Norman. Mery Norman.
- Norman? To tak, jak męskie imię - zaśmiała się.
Usiadła przy komputerze. Napisała jakiegoś maila. Nie wiem, nie patrzyłam jej przez ramię.
- Ha! - odwróciła się do mnie na krześle. - w ciągu doby powinien już być. A dlaczego nie chcesz spytać stare... taty?
- Dokończ... chciałaś powiedzieć 'starego' - spłonęła rumieńcem. - nie przejmuj się, ja go nie lubię i dlatego.
- Aha... przykro mi.
- W jaki sposób chcesz załatwić ten numer.
- Mój kolega jest hackerem - uśmiechnęła się figlarnie.
Resztę dnia spędziłam z Rubby i Dolarem. Rubby jest na serio świetną dziewczyną!

_________________________________________
W następnym odcinku ;)
- poznamy część tajemnicy jej mamy
- 'zobaczymy' nowe "napady" czarów
- dowiemy się dlaczego blizna Ally zanika, a potem 'wraca'
- poznamy część tajemnicy jej babci
- poznamy babcię
Buźka =*

Jeżeli chcecie zobaczyć Dolarka to wejdźcie do zdjęć.



2005-03-11 15:07:12 skomentuj (9)
Urodziny
Czwartek:
Z samego rana obudziła ją pokojówka - Rubby. Była niewiele starsza od Ally.
- Panienko? - zaczęła nieśmiało i szturchnęła ją w bok.
- Yhy - mruknęła poczochrana dziewczyna spod kołdry.
- Tata prosi do ogrodu... Panienko!
xxx
"Czego on ode mnie chce?!" myślałam schodząc po schodach. "Budzić mnie o takiej porze?! Przecież dopiero dochodzi 12!!" przechodząc przez kuchnię. Otworzyłam drzwi do ogrodu... Ojciec siedział w drewnianej altancę czytając gazetę. Kiedy podeszłam spojrzał na mnie i rzucił niedbale:
- Wszystkiego najlepszego. Tutaj masz prezent - wskazał podbródkiem na stół.
Stała tam duża paczka. Podeszłam do pudła i przyjrzałam się oryginalnemu opakowaniu. A mianowicie: białe w czarne łatki. Uśmiechnęłam się pod nosem i podniosłam pokrywę.
- O Boże! - wyrwało mi się.
To co zobaczyłam w środku... było... spełnieniem moich marzeń... W białych kocykach z czarnymi łatkami spał sobie słodko... najsłodsza rzecz... przepraszam, najsłodsze zwierzątko na świecie!! W środku leżał sobie dalmateńczyk!! Mała biała kuleczka... Wzięłam ją na ręcę.
- To dalmateńczyk. Twoja ulubiona rasa...
- Co?! To jest dalmateńczyk? To chyba jakiś biały szczór!! - do pokoju weszła... Madison.
- One wychodzą później!!! A poza tym... już ma plamki!!
Podstawiłam jej "szczóra" pod nos.
- Widzisz? - warknęłam pokazując szare (jeszcze nie czarne) plamki.
- Kochanie... dlaczego nie uzgodniłeś tego ze mną? - powiedziała uśmiechając się jadowicie. - Pies w domu, to wiele szkód... A jak pogryzie Karen?
O! Ten argument mógł podziałać na ojca i byłby zdolny wyrwać mi Dolara - bo tak nazwałam pisnkę - z objęć i oddać do schroniska.
- NIESŁYCHANE!! - wrzasnęłam i wbiegłam do domu.
xxx
Ally z książką i Dolarem leżała na puszystym dywanie. Popijając herbatę udała, że czyta, tak naprawdę udawała. Ściskała kubek i grzała dłonie. Mimo wysokiej temperatury na dworze było jej zimno w dłonie. "Za miesiąc minie 11 rocznica śmierci mamy...". Zacisnęła powieki, doskonale powstrzymując łzy. Za oknem słyszała okrzyki "wspaniałej" rodziny: Madison, tego osła, albo tą oślicę Karen i ojca. Cała nienawiść i gniew się w niej zagotował. Przed oczami przeleciały jej 3 okropne lata jej życia, życia z nimi pod jednym dachem!!
Ally nie wiedziała, że żółty kubek, który trzyma w ręce robi się biały, zaczyna błyszczeć. Duże pokłady energii z jej dłoni skupiły się na kubku.
- BUM -
Kubek rozpadł się na miliony kawałeczków. Ally zerwała się jak oparzona, Dolar też. Zaczął ujadać, szczekać, skamleć...
- Ciiiiicho... ciiiichutko, już dobrze, dobrze... - wzięła go na ręce.
Po chwili do pokoju wpadła Ella.
- Czy coś się panięce stało? Bo usłyszałam krzy...
- Nie nic nam nie jest! - powiedziała pośpiesznie Ally.
- Już to zbieram...
Kiedy Ella wyszła z "kubkiem". Ally opadła na łóżko. "Ale ja mam krzepę" pomyślała... po chwili jej wzrok padł na książkę. "No pięknie! Teraz będę miała pozlepiane kartki!" wyciągnęła rękę, żeby ją podnieść... rękaw bluzki podwinął się trochę do góry i Ally ujrzała, albo nie ujrzała swojej blizny!
- Gdzie jest ta gwiazdka? - szepnęła gorączkowo. - Gdzie ona jest?!
xxx
Po torcie (który w większości zjadł ten wieloryb), poszłam na budowę. Ojciec kazał wybudować robotniką identyczny budynek jak nasz "Rose Caffe". Musiał słono za to zapłacić, ale wiedział, że inaczej bym się tu nie przeprowadziła. Ogólnie to strasznie dużo zapłacił za samo znalezienie projektu. Oczywiście wystruj będzie zupełnie inny, bo nie dostaniemy takich samych mebli, chyba że na zamówienie... w co wątpie... wątie w to żeby ojciec wydał trochę więcej pieniędzy niż zamieżał! Wszystkie ściany jeszcze nie stoją, ale przynajmniej kawiarnia nabiera kształtów. Przez całą drogę powrotną zerkałam na bliznę, była blada, ale powoli zaczynała się powiększać.
xxx
Kiedy wróciłam do domu zawołał mnie ojciec.
- Ally, usiądź i posłuchaj. Kiedy twoja matka umierała...
Boże! Mówił to jakby go to mało wzruszało!!!!!
- Jej ostatnią wolą było przekazanie ci tego, w twoje 16 urodziny.
Nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Ojciec dał mi...
- Sądziłam, że ... - przęknęłam głośno ślinę - że mama została... z tym spalona...
___________________________________________
Mama Allyson została spalona (potem się dowiecie dlaczego tak, a nie inaczej), Ally nie zdobyła się na rozsypanie prochów.
W następnej notce dowiecie się:
- co ojciec wręczył Ally
- poznamy część tajemnicy jej mamy
- 'zobaczymy' nowe "napady" czarów
- dowiemy się dlaczego blizna Ally zanika, a potem 'wraca'
Buźka =*
2005-03-08 15:45:14 skomentuj (8)
PoniedziałeK...
Wybaczcie, ale początkowe noty będą trochę nudnawe, ale ważne. Bo Allyson nieświadomie wprowadza nas w szczegóły jej życia, co później okaże się dość przydatne. Nie ma narazie dialogów, a jak będą to krótkie. Narazie. Ale to się zmieni... Buźka =*
________________________________________

Poniedziałek:
Są wakacje. Niedawno się przeprowadziłam. Dom jest duży, w każdym razie większy od innych. Dziwię się, bo w ciągu tego jednego miesiąca wakacji zdążyliśmy się już zadomowić... tzn. nigdzie nie stoją już karonowe pudła. Wszystko jest już na swoim miejscu. Słóżba zatrudnona. Mój pokój urządzała mi Madison... Nie myślcie, że zgodziłam się na to bez walki. Nie odzywałam się do ojca 4 bite tygodnie! Ale ojciec je jej z ręki. Obrzydliwość. Ale pokój wcale nie wygląda tak najgorzej... wygląda... jak normalny pokój: ściany jasnogranatowe, łóżko na środku pod ścianą, biurko pod oknem i 5 regałów z książkami. Do łóżka przysunęłam mały stoliczek, którego używam jako stolika nocnego, postawiłam tam budzik i zdjęcie mojej mamy (na złość Madison... i dlatego, że ją bardzo, bardzo kochałam, i kocham). W tych mniejszych domach mieszka strasznie dużo dzieciaków! Okno w moim pokoju wychodzi na okno w pokoju jakiegoś chłopaka... często wisi na telefonie, a ja mogę sobie popatrzeć co robi. Lubię obserwować ludzi z daleka... Jeszcze nie byłam na dworze, żeby poznać okolicę czy coś. Nie ma mowy! Wątpie, żebym się dobrze tutaj czuła.
Ostatnio ojciec i ja pojechaliśmy do mojej nowej szkoły. Szkoła jak szkoła. Wygląda normalnie... jak w każdej, korytarze od góry do dołu są wypchane szafkami. Niedługo jedna z nich będzie moja. Ojciec rozmawiał z dyrektorką, rozmawiał o regulaminie i takie tam formalności. Całe szczęście nie nosi się tutaj mundurków. Ze starej szkoły w Bostonie chcieli mnie wyrzucić... nawet kilka razy. Raz za wysadzenie kibla (to naprawede nie ja!), a drugi za nie noszenie mundurka...
Za 3 dni są moje urodziny. Ciekawe czy ojciec pamięta. On się mną nie interesuje, więc to i tak nie ma większego znaczenia. Dla niego liczy się tylko ten gruby prosiak na ośle... - Karen. Ma 4 lata, a waży więcej ode mnie! Jest rozpieszczona. Okropna! Fuj! Gdyby mama żyła... wszystko wyglądało by inaczej. Ojciec ma do mnie pretęsje, że nie mogę się pogodzić z jej śmiercią... ależ bzdura! Pogodziłam się z tym. Tylko strasznie mi jej brakuje. A to jest wielka różnica...



________________________________________
Hey mam do was pytanie, czy na blog.pl nie można dodawać zdjęć z pliku? Bo chciałabym wam sypnąć fotkę Allyson.


Jeżeli chcesz zobaczyć Allyson, wejdź na http://www.allysontayler.mylog.pl tam będę umieszczała wszystkie zdjęcia (postaci). Narazie ;)
2005-03-04 22:53:47 skomentuj (16)
Na początek...
Okey, założyłam ten blog, żeby moja wyobraźnia miała trochę miejsca... ja to nazywam wybiegiem... ale dosyć o mnie. Teraz trochę o mojej bohaterce:

Imię: Allyson
Nazwisko: Tayler
Wiek: 16 lat
Urodziny: 8 sierpnia 1989
Znaki szczególne: znamie na przedramieniu w formie złamanej gwiazdeczki
Hobby: czytanie książek, rysunki i malarstwo (sztuka)
Czas wolny: spędza czytając, rysując, malując i prowadząc "Rose Caffe"
Nie lubi: ludzi
Lubi: szkołę

Raz będę pisała w pierwszej osobie, czyli jako Allyson, a raz jako narrator... To zależy od sytuacji.

Nazywam się Allyson. Większość ludzi mówi na mnie Ally. Od urodzenia mieszkałam w willi w Bostonie.
Rodzina: Mój ojciec Collin Taylor jeden z największych posiadaczy złóż ropy naftowej. Jest prezesem oraz założycielem firmy "Naftt Corporation". Moja mama nie żyje. Nie pamiętam jej do końca... umarła na raka piersi, kiedy miałam 5 lat. Przez śmiercią prowadziła małą kawiarenkę "Rose Caffe", którą teraz prowadzę ja... w wolnym czasie. Mało się na niej (kawiarni) zarabia, ale ojciec ma wielkie dochody, więc możemy sobie na to pozwolić.
Szkoła: W szkole nie byłam zbyt lubiana. Byłam po prostu nikim, nikt mnie nie zauważał... nikt nie przyjaźnił... po prostu uważali za snoba i rozpieszczonego karalucha (z powodu mojego ojca)... aha, no i za kujona. Napisałam zbyt, bo już nie mieszkam w Bostonie, tylko w Anglii. W Norwich i jeszcze nie poszłam do szkoły... w końcu jest lato.
Dodatek: Jakieś 5 lat temu ojciec poznał niejaką Madison Ferllel, kiepską prawniczkę, dla której stracił głowę... Oczywiście, miłość poszła w kąt. Ją obchodziły tylko pieniądze (logiczne), ale ojciec tego nie widział. Nie widział nic, oprócz jej długich opalonych nóg! Ta wstrętna żmija za niego wyszła. Nawet mają już córkę. Nigdy nie nazwałabym jej swoją siostrą! Nawet przyrodnią!
Dodatek 2: Jest we mnie coś dziwnego... Jakaś energia... nie potrafię powiedzieć dokładnie... CO to jest... ale... sądze, że dla normalnych ludzi... byłoby to coś w rodzaju magii...


2005-03-04 15:25:09 skomentuj (16)